- To przerażające, że tacy ludzie kiedykolwiek chodzili po ziemi. Historia Tadeusza Kwaśniaka wstrząśnie nawet ludźmi o mocnych nerwach.
- Ten zabójca został okrzyknięty "Ręcznikowym dusicielem". Ofiar mogło być więcej! Reporterka "Super Expressu" przypomina sprawę, która dotyczy nie tylko województwa wielkopolskiego.
- Dlaczego zostawiał na miejscach zbrodni napisy "zemsta"? Jaki tragiczny finał miała ta historia? Materiał prezentujemy poniżej.
"Ręcznikowy dusiciel" siał grozę w Polsce
Lata 90., blokowiska dużych miast i on... polujący na chłopców, tkający historię o wyimaginowanej zemście. Jego plan działania nie był skomplikowany. Szukał chłopców, zagadywał, a gdy udało mu się wejść do ich mieszkania, kradł kosztowności, a dzieci gwałcił i zabijał, dusząc je ręcznikiem. W ciągu jednego roku zabił pięcioro, choć ofiar mogło być więcej, bo kilku chłopcom udało się ujść z ataku z życiem. Przez ponad 35 lat od pierwszej zbrodni, wielu kryminologów zajmowało się sprawą „Ręcznikowego dusiciela”, próbując rozwikłać zagadkę, o co tak naprawdę chodziło seryjnemu zabójcy, jakie miał motywy? Jeden z policjantów, który zajmował się sprawą, wysnuł nawet hipotezę, że Kwaśniak swoje ofiary dobierał przypadkowo, a mścił się tak za swoje nieszczęśliwe życie i… surowego ojca.
Początek na Śląsku, eskalacja w Radomiu, Wrocławiu, Szczecinie, Kutnie i Oławie
Historia zbrodniarza zabijającego bezbronnych chłopców rozpoczęła się w kwietniu 1990 r. w Bytomiu. Tadeusz Kwaśniak, był wtedy 39-letnim spawaczem, który miesiąc wcześniej wyszedł z więzienia we Wronkach w Wielkopolsce. Siedział tam 12 lat za przestępstwa seksualne wobec dziewczynek. 10-letniego Marcinka zaczepił pod blokiem. Wzbudził jego zaufanie, bo był miły, sympatyczny, uśmiechnięty. Powiedział, że jest „od tatusia z pracy” i na jego prośbę ma odebrać z domu kopertę. W mieszkaniu rzucił się na Marcina z ręcznikiem i zaczął go dusić. Gdy myślał, że chłopiec nie żyje, splądrował mieszkanie, zabrał między innymi odzież, kosmetyki, słodycze i uciekł. Potem okazało się, że 10-latek specjalnie udawał martwego. To uratowało mu życie.
Tymczasem Kwaśniak, zachęcony bezkarnością, już miesiąc później, bo 7 maja 1990 r., zaatakował ponownie. Pojechał do Radomia i tam również użył ręcznika. Niestety, Wojtek (+10 l.) nie miał tyle szczęścia. Zmarł. To, co stało się trzy tygodnie później, przypomina sceny z horroru. Kwaśniak na ulicy Wrocławia wytypował swoją ofiarę, zbałamucił ją i postępem wszedł do mieszkania. Pretekst? Znów ten sam: „koperta od ojca”. Grześ, już w wewnątrz, usłyszał, że atak to zemsta za rzekomą utratę pracy spowodowaną przez ojca dziecka. Zgwałcił chłopca i próbował go udusić, ale Grzegorz tylko stracił przytomność, co najprawdopodobniej zmyliło sprawcę. Na miejsce zdarzenia wysłał później list: „Zemsta!!! Czekałem 14 lat”.
Kolejne morderstwa - 31 maja 1990 r. w Szczecinie, 6 czerwca 1990 r. w Kutnie, 18 czerwca 1990 r. w Oławie. W jednym domu, na lustrze w łazience, szminką napisał słowo: „Zemsta”. W innym, zostawił kartkę: „Nareszcie dokonałem oczekiwanej zemsty”. Policja wtedy już wiedziała, że sprawca to głęboko zaburzony psychopata.
Kolejna zbrodnia i przełom w śledztwie
Pierwszy przełom w śledzie wydarzył się 3 stycznia 1991 r. w Zbąszyniu. Kwaśniakowi znowu udało się wejść do mieszkania, w którym był 10-latek. Mężczyzna dziecko podduszał, a potem ukradł pieniądze, ale chłopiec, na szczęście, nie umarł. Po odzyskaniu przytomności, dokładnie opisał, jak wyglądał napastnik. Z pomocą techników kryminalistyki powstał portret pamięciowy sprawcy. Rysopis był zgodny z wcześniejszymi relacjami świadków z innych miast. Kwaśniak był dobrze zbudowany, średniego wzrostu, miał ciemne włosy, a w ręce nosił elegancką teczkę… W trakcie napadu miał też zabandażowany palec i siniaka pod okiem.
Kolejny raz zaatakował 26 lutego 1991 r. na poznańskich Ratajach. Jego ofiarą został 12-letni Krzyś. Chłopiec wychodził do szkoły, ale nigdy do niej nie dotarł. Jego zwłoki odkryli rodzice po południu. Najpierw ojciec wrócił do domu, ale nie zajrzał do syna, bo myślał, że w ogóle nie ma go w mieszkaniu. Dopiero mama zainteresowała się ciszą w pokoju Krzysia. Gdy weszła, zauważyła ciało 12-latka na tapczanie. Wokół szyi miał zawiązany ręcznik.
Gdy w końcu materiał o tajemniczym, seryjnym mordercy trafił do popularnego programu 997, na wielu rodziców padł blady strach. Rekonstrukcja zbrodni nie pozostawiała wątpliwości: mężczyzna jeździ po całej Polsce, zabija oraz gwałci dzieci. Policja szukała mordercy dzień i noc, ale wciąż nikt nie trafiał na jego ślad. Jakby tego było mało, zbrodniarz wciąż atakował. 7 marca 1991 r. we Wrocławiu Kwaśniak zapolował na Rafała. Oszukał go, że ma list od cioci mieszkającej za granicą, wszedł do mieszkania i brutalnie zgwałcił. Dziecko na szczęście przeżyło. Podobnie było 18 kwietnia w Sosnowcu. Tam, ofiara zapamiętała, że mężczyzna miał na nogach charakterystyczne, śnieżnobiałe adidasy. To one -ostatecznie - pomogły w złapaniu mordercy.
Tragiczny finał wstrząsającej historii
Pod koniec kwietnia 1991 r. dyrektorka jednej z poznańskich podstawówek zwróciła uwagę na podejrzanego mężczyznę przed szkołą. Zadzwoniła na policję, a mundurowym nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pojechali na osiedle, gdzie został zauważony i szybko trafili na 40-latka w białych adidasach. Spokojnie szedł alejką, jakby czekał na swoją kolejną ofiarę…
Do wszystkiego przyznał się potem śledczym, nigdy jednak do końca nie wyjaśniając swojego motywu. Nigdy nie wytłumaczył też, dlaczego na miejscach zbrodni zostawiał napisy „zemsta". 24 lipca 1991 r. Tadeusz Kwaśniak powiesił się w celi aresztu przy ul. Młyńskiej w Poznaniu.