Niedźwiedzie w Bieszczadach sieją postrach
Coraz częściej w mediach pojawiają się informacje o atakach niedźwiedzi na ludzi. Mieszkańcy Bieszczad żyją w ciągłym strachu, że tym razem spotkanie oko w oko z "misiem" może zagrozić właśnie im. Ich rodzinie, bliskim, sąsiadom… Realność zagrożenia potwierdza tragiczny atak w Płonnej (woj. podkarpackie), gdzie śmierć poniosła 58-letnia kobieta spacerująca po lesie.
Temat strachu, jaki padł w ostatnim czasie na mieszkańców podkarpackich terenów, zgłębił reporter „Super Expressu” Mateusz Chłystuna. Jego reportaż „Coraz bliżej siebie”, dostępny na platformie YouTube (link publikujemy poniżej), pokazuje prawdziwe realia życia w Bieszczadach, które przez groźnych mieszkańców lasów, stopniową przestają być oazą spokoju i bezpiecznego obcowania z przyrodą.
„Misiu by mnie przytulił do środka”
Mieszkańcy Bieszczad nie kryją swojego strachu. Sami zaczęli zauważać, że niedźwiedzie coraz śmielej spacerują po zurbanizowanych terenach. I to niekoniecznie w tych najgłębszych Bieszczadach w okolicy Wetliny, Wołosatego czy Cisnej, ale coraz częściej również w sąsiedztwie dużych miast – Sanoka czy popularnego turystycznie Polańczyka!
Mieszkańcy zwracają uwagę na to, że niedźwiedzie przestały już bać się ludzi i potrafią pokonywać zabezpieczenia w niezwykle pomysłowy sposób.
„Niedźwiedź jak jest stary, taki po prostu inteligentny niedźwiedź, to on sobie po prostu przez takiego pastucha wykorzysta drzewo, położy, wykona skok jak kiedyś Kozakiewicz, prawda? I tylko tego gestu słynnego nie pokazuje” - powiedział w rozmowie z Mateuszem Chłystunem pan Tadeusz.
Blisko domu córki mężczyzny niedźwiedź pojawił się, kiedy rodzina szykowała się do wyjazdu na Komunię!
„Weźmy logicznie. Jakim cudem w takiej małej wiosce jest osiem niedźwiedzi?” - pyta kobieta. „I nikt o tym prawdy nie powie, no bo wiadomo, nie chcą straszyć ludzi” - dodaje.
Ale ludzie i tak się boją. Bo w starciu z niedźwiedziem szanse na przeżycie są bliskie zeru.
„Misiu by mnie przytulił... Idę sobie na pewniaka tak jak zawsze do środka. Wchodzę do środka. A niedźwiedź na dwie łapki, ja głowę na niego, on na mnie na dwie łapki spadł na cztery łapki w kierunku moim. [...] zaczęło mnie wysztywniło mnie. Po chwili już nie miałem wyjścia, musiałem uciekać” - opowiada pan Krzysztof z Bereżnicy Wielkiej.
Mieszkańcy Bieszczad czują się porzuceni przez państwo
Mieszkańcy Bieszczad nie ukrywają, że czują się porzuceni przez państwo i zmuszeni są do stosowania środków ostatecznych, poruszając się po własnych posesjach z maczetami i gazem pieprzowym. Co innego mogą zrobić? Tylko zgłosić obecność niedźwiedzia odpowiednim służbom. A zgłoszeń jest coraz więcej!
Jak przekazała w rozmowie z Mateuszem Chłystunem asp. sztab. Katarzyna Fechner z Komendy Powiatowej Policji w Lesku, tylko od początku roku, w samym Lesku, odnotowano już 63 interwencje! Jak podkreśliła, mundurowi reagują na każde zgłoszenie. Starają się przepłaszać niedźwiedzie w stronę lasu, używając sygnałów świetlnych i dźwiękowych. Zgodnie z obowiązującym prawem, bez realnego zagrożenia dla człowieka, policjanci nie mogą do nich strzelać. Nawet używając pocisków niepenetracyjnych.
Z kolei leśnicy wskazują na brak osłon prawnych i ubezpieczeń OC/zdrowotnych dla członków grup interwencyjnych. Strzał gumową kulą do 400-kilogramowego, zapędzonego w kozi róg drapieżnika, bez asekuracji bronią ostrą, jest skrajnie niebezpieczny dla operatora.
Mieszkańcy Bieszczad podkreślają, pełna odpowiedzialność za każdą przyszłą tragedię spoczywa na Ministerstwie Klimatu i Środowiska.
„To rząd będzie miał krew na rękach, jeżeli kogoś niedźwiedź znowu kolejny raz zabije. Nie my jako mieszkańcy, bo ktoś z nas ginie, będziemy mieli żałobę, ale rząd będzie miał krew na rękach, że nic z tym nie robi” - mówią.
„Jeżeli władza nie reaguje, to musimy się sami ratować. Dobry taki sposób na niedźwiedzie. Wyłapać 50 sztuk, zawieźć do Warszawy. To jest najprostszy takie i będzie spokój” - dodają.