Ponad 16 lat od koszmaru w Rybniku
Tamto sobotnie popołudnie 28 sierpnia 2010 r. już na zawsze będzie się wiązało z traumą u pokrzywdzonych wówczas członków rodziny Krzysztofa W. Mężczyzna wyszedł rano z domu, a kiedy wrócił po godz. 14, widać było po nim, że jest mocno wstawiony. To nie było nic nowego, choć uchodził za tzw. porządnego faceta, a ludzie często widywali go z żoną dwoma synami na spacerach, to nader często zaglądał do kieliszka. To zresztą było przyczyną narastającego w rodzinie konfliktu.
Dochodziła godz. 14.10, pomiędzy podpitym W., a innymi domownikami wybuchła gorąca awantura. Jak się potem okazało, Krzysztof W. zamierzał wziąć kredyt pod zastaw domu. Rodzina nawet nie chciała o tym słyszeć - wszyscy bliscy mężczyzny wiedzieli, że jest on już zadłużony w kilku bankach. Ale awantura zmieniał się w krwawą łaźnię, gdy mężczyzna postanowił... zrobić sobie grilla i zaprosić kolegów, z którymi wcześniej pił. Usłyszał wtedy od żony Iwony i reszty rodziny, żeby to sobie wybił z głowy, że ma się położyć spać, bo już i tak ledwo stoi. A wtedy w Krzysztofa W. wstąpił jakiś demon. Ryknął, że „nikt go nie będzie ustawiać w jego domu” i ze schowka wyciągnął broń palną. Zaczął strzelać w kierunku domowników.
Szaleniec nie dawał za wygraną
Wkrótce kule dosięgnęły żonę Iwonę, teściów Irenę i Jana O., szwagra Ireneusza O., sąsiadkę Joannę S. i policjanta. Z matni udało się wydostać teściowi awanturnika. Pobiegł na komisariat i powiadomił stróżów prawa. Ale Krzysztof W. nie chciał się poddać. Widząc mundurowych, zaczął strzelać również w ich kierunku. Szaleniec nie przestał strzelać nawet wtedy, kiedy interweniujący policjanci trafili również jego.
Jednakże działania patrolu policyjnego przyniosły skutek - z domu udało się uciec kolejnym osobom. Mężczyzna jednak nie składał broni. Policjanci musieli się wycofać i na miejsce wyruszył oddział antyterrorystyczny. A na ul. Braci Nalazków, strzelanina trwała w najlepsze. Krzysztof W. ostrzelał m.in. karetkę pogotowia, przestrzelił w wozie koła i poszkodowani nie mogli pojechać do szpitala.
Krótko po godz. 15 do Rybnika dotarł oddział antyterrorystyczny. Ubrani na czarno, uzbrojeni w długą broń funkcjonariusze nawiązali z Krzysztofem W. kontakt. Mężczyzna był już wówczas w domu tylko ze swymi synami, których traktował, jak zakładników. Dopiero po następnej godzinie ochłonął i się poddał. Opuścił dom prowadząc przed sobą młodszego syna - wtedy 11-letniego Kacpra. Gdy tylko szaleniec pokazał się na zewnątrz, został otoczony przez policjantów i obezwładniony.
W strzelaninie ucierpiał też drugi z synów Krzysztofa W. - Kamil, wówczas 15-letni chłopak. Kula trafiła go w szczękę. Później jednak okazało się, że chłopiec akurat oberwał z broni policyjnej.
Bez ofiar śmiertelnych. Sprawca nie trafił do więzienia
Wszyscy ranni zostali przetransportowani do szpitala. tak samo stało się z samym furiatem - on także wymagał hospitalizacji. Na szczęście Krzysztofowi W. nie udało się nikogo śmiertelnie zranić, choć w bardzo poważnym stanie była żona szaleńca i jego szwagier, którzy mieli po kilka ran postrzałowych.
Kiedy W. wytrzeźwiał, został przesłuchany w prokuraturze. Śledczy postawili mu cztery zarzuty - usiłowanie zabójstwa rodziny oraz interweniujących policjantów, a także nielegalnego posiadanie broni i narażenia na utratę życia i zdrowia postronnych osób. Strzelec został wtrącony do celi tymczasowego aresztu, gdzie miał oczekiwać na swój proces.
Ten jednak nigdy nie ruszył. Krzysztofa W. poddano bowiem obserwacji psychiatrycznej. Biegli orzekli, że w momencie popełniania zarzucanych mu czynów był niepoczytalny. Stwierdzili, że kwalifikuje się do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.
Kolejna awantura z udziałem Krzysztofa W.
Rybniczanin został umieszczony w szpitalu w Toszku. Po sześciu latach lekarze uznali go za wyleczonego i W. opuścił placówkę. Nie na długo jednak. Po powrocie do Rybnika znowu popił i przyszedł do domu przy ul. Braci Nalazków. Rozpętał awanturę. Tym razem skutki nie były tak tragiczne, policja szybko go zatrzymała i mężczyzna ponownie trafił do szpitala. Ostatecznie opuścił zamknięty zakład w 2021 r.
Natomiast rodzina W. pozwała policję. Domagała się 295 tys. zł odszkodowania za ranę, jakiej doznał 15-letni Kamil. Sąd uznał, że odszkodowanie chłopakowi się należy i przyznał mu 150 tys. zł wraz z odsetkami.