- Jedno z najbardziej poruszających zdjęć z Powstania Warszawskiego ukazuje trzech młodych bojowników, których niezwykła determinacja i duma biją prosto z kadru.
- Wykonana 23 sierpnia 1944 roku w sercu Warszawy fotografia przedstawia zidentyfikowanych już bohaterów: plutonowego podchorążego „Wacka” oraz strzelca „Morskiego”.
- Poznaj historię tego ikonicznego ujęcia i dowiedz się, co tak naprawdę prezentują powstańcy, stając się świadectwem tragicznych, lecz heroicznych dni.
W historii Powstania Warszawskiego istnieją kadry, które zapadają w pamięć mocniej niż inne. Jednym z nich jest fotografia wykonana u zbiegu ulic Czackiego i Świętokrzyskiej. Widzimy na niej trzech młodych ludzi, którzy z niezwykłą pewnością siebie patrzą prosto w obiektyw. Ich postawa emanuje determinacją i dumą, choć okoliczności, w jakich się znaleźli, były tragiczne. To zdjęcie, opublikowane w albumie „Fotograf na wojnie. 36 klatek” przez Muzeum Powstania Warszawskiego, stanowi poruszające świadectwo tamtych dni.
Bohaterowie zdjęcia zostali uwiecznieni 23 sierpnia 1944 roku. Choć tożsamość mężczyzny stojącego po lewej stronie pozostaje nieznana, dwaj pozostali zostali zidentyfikowani. To plutonowy podchorąży Zygmunt Sadowski, znany pod pseudonimem „Wacek”, oraz strzelec Julian Bednarski o pseudonimie „Morski”. Ich postawa nie jest przypadkowa – prezentują oni swoje trofeum, które dumnie opierają o ramię.
Zdobyczny „Maxim” i brawurowy atak
Uwagę na fotografii przyciąga potężna broń – niemiecki ciężki karabin maszynowy MG 08/15, znany powszechnie jako „Maxim”. Dla powstańców posiadanie takiego sprzętu było powodem do ogromnej dumy i realnym wzmocnieniem siły ognia. Karabin ten nie trafił w ich ręce przypadkiem. Był owocem brawurowej akcji przeprowadzonej na Komendę Policji, która znajdowała się przy Krakowskim Przedmieściu.
Młodzi żołnierze, pozując z tak cenną zdobyczą, wyglądają na panów sytuacji. Ich harde miny kontrastują jednak z tym, co znajduje się bezpośrednio za ich plecami. Choć oni sami emanują energią i wolą walki, tło ich portretu stanowi przerażająca pustka. Za powstańcami nie ma już tętniącego życiem miasta, o które toczyli boje. Są tylko zgliszcza i ruiny jednej z warszawskich kamienic.
Kamienica kariatyd i wojenna pustka
Budynek widoczny w tle to pozostałości kamienicy przy ul. Czackiego 2, stojącej na rogu ze Świętokrzyską. Przed wojną obiekt ten uchodził za prawdziwą architektoniczną perełkę Śródmieścia. Elewacja budynku zachwycała bogatymi zdobieniami, a nad oknami drugiego piętra czuwały kunsztownie wykonane kamienne kariatydy. Niestety, ten wspaniały gmach nie doczekał nawet momentu wybuchu Powstania Warszawskiego w pełnej krasie.
Kamienica została dotkliwie zniszczona już na samym początku wojny, we wrześniu 1939 roku. W sierpniu 1944 roku, kiedy wykonano ikoniczne zdjęcie, z dawnej świetności budynku pozostały jedynie wypalone ściany i ziejące pustką otwory okienne. To zestawienie – pełnych życia, młodych żołnierzy na tle martwej architektury – nadaje fotografii wyjątkowej, niemal symbolicznej głębi.
Od jenieckiego obozu po wywiad dla Brytyjczyków
Dalsze losy Joachima Joachimczyka są równie sensacyjne, co jego praca w powstańczej Warszawie. Po upadku zrywu trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, z którego jednak zdołał uciec. Bez żadnych dokumentów, wykazując się ogromną odwagą i sprytem, przedostał się przez terytorium III Rzeszy aż do Gdyni. Tam, mimo ogromnego ryzyka, nie porzucił pasji fotografowania.
W Gdyni ponownie chwycił za aparat, tym razem dokumentując niemieckie okręty stacjonujące w porcie. Jego zdjęcia miały ogromną wartość wywiadowczą i ostatecznie trafiły w ręce Brytyjczyków. Joachimczyk przeżył wojnę i osiadł na Wybrzeżu. Zmarł w Gdańsku w 1981 roku, pozostawiając po sobie nieliczne, ale niezwykle ważne świadectwa historii Warszawy.
Współcześnie skrzyżowanie ulic Czackiego i Świętokrzyskiej wygląda zupełnie inaczej niż na czarno-białej fotografii z 1944 roku. Miejsce zburzonej kamienicy z kariatydami zajął budynek o charakterze ministerialnym, a po wojennych ruinach nie ma już śladu. Pamięć o tamtych wydarzeniach i ludziach, którzy z „Maximem” na ramieniu wierzyli w zwycięstwo, przetrwała jednak dzięki pasji i odwadze fotografa, który nie bał się patrzeć wojnie prosto w oczy.
Tajemnica fotografa i jego niezwykłe losy
Przez wiele lat po wojnie nie było wiadomo, kto nacisnął spust migawki w tamto sierpniowe popołudnie. Dopiero w 1979 roku profesor Władysław Jewsiewicki ustalił, że autorem tych poruszających kadrów był Joachim Joachimczyk. Jako fotoreporter Armii Krajowej, Joachimczyk przemierzał ogarniętą walkami stolicę z aparatami marek Leica oraz Kodak. Jego obiektyw zarejestrował kluczowe momenty zrywu w Śródmieściu, na Powiślu oraz Czerniakowie.
Joachimczyk dokumentował nie tylko żołnierzy w chwilach triumfu, jak przy zdobyciu gmachu PAST-y, ale także dramatyczne sceny z życia cywilów, w tym momenty wychodzenia z warszawskich kanałów. Po kapitulacji powstania fotoreporter podjął próbę ratowania swojego dorobku. Ukrył bezcenne negatywy w jednej z piwnic, mając nadzieję, że przetrwają wojenną pożogę. Niestety, los okazał się okrutny – większość jego dokumentacji przepadła bezpowrotnie.