Edward Miszczak od lat uchodzi za twardego gracza w świecie mediów. Decyzje, które podejmował jako szef stacji telewizyjnych, często budziły ogromne emocje i nic dziwnego. Zarządzanie wielkimi zespołami to nie tylko sukcesy, ale też trudne i bolesne wybory. W jednym z ostatnich wywiadów Miszczak zdecydował się wrócić do momentu, który do dziś wywołuje w nim mieszane uczucia. Chodzi o czas, gdy musiał przeprowadzić jedną z największych redukcji etatów w swojej karierze.
Zobacz też: Miszczak brutalnie o Majewskim. Zwolnił go z TVN, a potem zapłacił MILION ZŁOTYCH
Kulisy wielkich czystek! Miszczak opowiada, co działo się naprawdę
Jak wspomina, po przejściu z radia do telewizji dostał zadanie, którego nie zazdrościłby nikomu. Na jego biurko trafiła lista nazwisk, aż 160 osób miało stracić pracę. Choć wszystko odbywało się zgodnie z procedurami i z zachowaniem formalności, emocje były ogromne. Miszczak nie ukrywa, że decyzja ta odbiła się nie tylko na zwolnionych pracownikach, ale także na jego życiu prywatnym.
Szczególnie zapadła mu w pamięć sytuacja z synem, który wrócił z przedszkola z przykrą informacją. Okazało się, że dzieci zaczęły przenosić na siebie konflikty dorosłych, a jego decyzje zawodowe miały realny wpływ na relacje najmłodszych. To jednak nie był koniec trudnych doświadczeń. Pewnego dnia, gdy jak zwykle pojawił się w pracy, na drzwiach swojego gabinetu zobaczył obraźliwy napis.
Po RMF-ie zostałem zatrudniony w Telewizji Wisła. No i nagle dostałem informację, że muszę wykonać pakiet zwolnień zbiorowych, 160 osób. To jest lista śmierci. Pamiętam, jak mój syn wrócił z przedszkola i mówił, że jego kolega mówi, że nie będzie z nim rozmawiał, bo twój tatuś zwolnił mojego z pracy i rodzice się teraz kłócą - przyznał wprost Miszczak.
Zobacz też: Edward Miszczak o kulisach "Tańca z Gwiazdami". Wspomniał o roszczeniowych gwiazdach
Zamiast reagować impulsywnie, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce - dosłownie. Zdjął marynarkę, zakasał rękawy i samodzielnie zmył napis, który przez chwilę stał się sensacją w całej firmie. Ale to, co wydarzyło się później, zaskakuje najbardziej. W emocjach podjął kolejną decyzję kadrową, z pracy zwolnił jeszcze kilkadziesiąt osób.
Oczywiście to było z odprawami, wszystko według normalnego, cywilizowanego pakietu. Ale przyszedłem w poniedziałek do pracy i na drzwiach flamastrem miałem napisane: "Ty mały sk...ysynu". I sobie myślę: czy dlatego że jestem niski? Czy dlatego że za mało zwolniłem? - wyjawił w najnowszym wywiadzie.
Dziś, z perspektywy czasu, Miszczak nie ukrywa, że był to krok, którego żałuje. Przyznaje wprost, że była to reakcja podyktowana emocjami, a nie chłodną kalkulacją. Jednocześnie zaznacza, że wielu pracowników, którzy zostali w firmie, związało się z nią na lata i kontynuowało swoje kariery w branży medialnej.
Ale cała firma chodzi, wszyscy oglądają ten napis, więc zdjąłem marynarkę, podwinąłem rękawy i sekretarka przyszła z miednicą z mydłem i umyłem te drzwi. Po trzech godzinach już nie było ani małego, ani sk...ysyna. I zwolniłem 30 osób jeszcze. I to był g...iany gest, i do dzisiaj tego żałuję. Zostało 80 osób - te 80 osób dalej pracuje w TVN-ie - powiedział w podcaście Żurnalisty.
Zobacz też: Edward Miszczak o trudnej współpracy z Magdą Gessler. Nie uwierzycie, jak ją podsumował
Zobacz naszą galerię: Kulisy wielkich czystek! Miszczak opowiada, co działo się naprawdę