Maciej Orłoś prowadzi "Teleexpress" od 15.06.1991 roku! Od 31. sierpnia 2016do 4.01.2024 miał przerwę i doskonale pamięta początki i zmiany w legendarnym programie informacyjnym. W wywiadzie dla "Super Expressu" Orłość zdradził, jak to wszystko wygląda za kulisami.
Jakie wspomnienie z tych wszystkich lat przychodzi panu do głowy jako pierwsze?
Moje najlepsze wspomnienia to na pewno były nietuzinkowe i wyjątkowe sytuacje, które mieliśmy w Krynicy Morskiej. Mam na myśli specjalne wydania stamtąd, no i otwarcie ulicy "Teleexpressu". To zostało i stało się świetną atrakcją turystyczną. Teraz będzie taka klamra, bo ostatnim akcentem obchodów 40-lecia będzie właśnie specjalne wydanie z Krynicy Morskiej pod koniec sierpnia. Trudno mi wyłuskać jedno wspomnienie, bo było ich mnóstwo, ale Krynica rzeczywiście przyszła mi do głowy jako pierwsza.
Jaką najlepszą wiadomość przekazał pan widzom "Teleexpressu"?
To bardzo ciekawe pytanie, bo zazwyczaj jestem pytany o najtrudniejsze wiadomości. Nie jest łatwo wskazać jedną konkretną. Mogło to być na przykład ogłoszenie, że Andrzej Wajda otrzyma Oscara. Na pewno wielkie emocje budziły sukcesy polskich sportowców, medale olimpijskie czy mistrzostwa świata.
Mogły to być też przełomowe informacje dotyczące Polski - choćby decyzja o wejściu do NATO czy później do Unii Europejskiej. To były wydarzenia historyczne i bardzo pozytywne.
Jak bardzo zmienił się "Teleexpress"?
Właściwie zmieniło się wszystko. Świat się zmienił, Polska się zmieniła, technologie się zmieniły, media również. Kiedy zaczynałem pracę, wszystko było analogowe. Teksty przepisywało się na maszynie do pisania przez kalkę. W redakcji stały wielkie urządzenia, z których wychodziły zwoje papieru z depeszami Polskiej Agencji Prasowej. Trzeba było wyłapywać najważniejsze informacje.
Zmieniały się czołówki, scenografie, sposób prowadzenia programu. Raz staliśmy, raz siedzieliśmy. Natomiast nie zmieniła się idea programu. Nadal obowiązuje zasada: krótko, zwięźle i na temat. Jest miejsce na informację, ale też na lekki uśmiech czy żart. To właśnie widzowie pokochali.
W latach 80. "Teleexpress" był prawdziwą rewolucją.
Zdecydowanie tak. Wcześniej był "Dziennik Telewizyjny", a nagle pojawił się program prowadzony przez młodszych ludzi, normalnym językiem, w szybkim tempie. Były zachodnie teledyski, dynamiczny montaż. To było coś zupełnie nowego.
Z tego, co wiem, początkowo nie było nawet pewności, czy program nie zostanie zdjęty z anteny po kilku tygodniach. Ale przetrwał. Być może wpisał się w nadchodzące zmiany. To był 1986 rok, więc do przełomu politycznego zostało jeszcze trochę czasu, ale pierwsze symptomy zmian były już wyczuwalne.
A dziś? Czy sztuczna inteligencja bardzo "namieszała" w produkcji?
Zupełnie nie namieszała i mam nadzieję, że nie namiesza. Oczywiście czasami się przydaje. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że ze sztucznej inteligencji można korzystać pod warunkiem, że używa się własnej. I coś w tym jest.
Mnie AI pomaga przyspieszyć różne procesy, szybciej coś znaleźć, czasem podpowiada rozwiązania. Ale na razie "Teleexpress" tworzą prawdziwi ludzie. I szczerze mówiąc, najlepiej byłoby, gdyby tak zostało. Nie chciałbym, żeby kiedyś zastąpił mnie jakiś awatar.
Jakich ludzi "Teleexpressu" wspomina pan szczególnie?
Było wiele takich osób. Jeśli miałbym wskazać jedną, to byłby Sławomir Kozłowski. To on uczył mnie języka "Teleexpressu", krótkiej formy, puenty. Był moim teleexpressowym guru.
Od lat przyjaźnię się też z Markiem Wilkiem, legendarnym głosem programu. Po każdym wydaniu analizowaliśmy, co wyszło dobrze, a co można było zrobić lepiej. Marek jest purystą językowym, więc rozmowy o języku były u nas codziennością.
Bardzo dobrze wspominam też Hannę Smoktunowicz - dziś Lis, Adę Niecko czy Magdę Mikołajczak-Olszewską. Magda była moją mentorką i pomagała mi stawiać pierwsze kroki jako prezenterowi.
Sprawdź również: Ewa Kasprzyk odchodzi z "Tańca z Gwiazdami". Tak zareagowali na to widzowie. Wskazują na jedno
Bardzo zmieniła się redakcja?
Tak, choć nadal jest świetna.Teraz programy informacyjne są na Woronicza, wcześniej były na Placu Powstańców. Zmieniła się przestrzeń, tempo pracy jest inne. Dziś jest w niej bardzo dużo młodych ludzi, co uważam za ogromną wartość. To redakcja wielopokoleniowa.
Zmieniły się też czasy. Kiedyś było więcej przestrzeni na spotkania po pracy. Ludzie częściej spędzali razem czas. Dziś tempo życia jest inne, szybsze. To zresztą nie dotyczy wyłącznie naszej redakcji.
Ile osób pracuje nad jednym wydaniem „Teleexpressu”?
Myślę, że około pięćdziesięciu osób, jeśli nie więcej. I nie mówię tylko o dziennikarzach. To także realizatorzy, operatorzy, dźwiękowcy, osoby z produkcji, charakteryzacji czy kierownictwa produkcji.
Do tego dochodzą korespondenci z całej Polski i z zagranicy. Widzowie często mają wrażenie, że program tworzy jedna osoba siedząca przed kamerą. Tymczasem za tym codziennym, piętnastominutowym wydaniem stoi ogromny sztab ludzi pracujących od rana.
To ogromny zespół, bo codziennie powstaje kilkadziesiąt krótkich materiałów, które trzeba przygotować, nagrać, zmontować i sprawdzić.
Widzowie często myślą, że to jedna osoba?
Tak, często słyszę takie pytanie. Jakby to robił jeden człowiek. A to absolutnie niemożliwe - to cały sztab ludzi.
Pamięta Pan wyjątkowe sytuacje, gości w "Teleexpressie"?
Tak, było ich sporo. Na przykład wizyta Aerosmith w 1994 roku. Steven Tyler i Joe Perry przyszli do redakcji i… przed programem siedzieli w bufecie i jedli kotlety mielone albo pulpety. Niezapomniany widok - gwiazdy rocka w zupełnie zwyczajnej sytuacji, tuż przed wejściem na antenę.
Była też ściana w redakcji, gdzie podpisywali się zagraniczni goście – Wim Wenders, pisarze, artyści. To była taka tradycja. Był też autor „Lotu nad kukułczym gniazdem”, czyli Ken Kesey, z którym miałem okazję rozmawiać. To były sytuacje absolutnie niecodzienne. Tacy ludzie pojawiali się w Teleexpressie, rozmawiali na żywo i zostawiali po sobie podpisy. To było coś bardzo wyjątkowego.
Albo wydanie Teleexpressu z dachu stoczni w Gdańsku podczas obchodów Solidarności, z udziałem Jeana-Michela Jarre’a i Lecha Wałęsy. Takich rzeczy było dużo. Prowadziłem ponad 3,5 tysiąca programów, więc wiele wspomnień się dziś zlewa.
Zobacz koniecznie: Tak wyglądał Dzień Ojca na planie serialu "Ranczo". Biskup Kozioł w roli głównej. "Tata z synami"
Czy dziś takie wizyty byłyby możliwe?
Myślę, że już trudniej. Rynek mediów się zmienił. Kiedyś gwiazdy przyjeżdżały do promocji, dziś funkcjonuje to inaczej. Internet wszystko zmienił.
Na czym polega sukces "Teleexpressu"?
Mimo zmian technologii, internetu, smartfonów i AI, dalej ma wysoką oglądalność. Bo widzowie chcą uporządkowanej, wiarygodnej informacji – serwisu, który daje im porządek świata. Zdarza się, że dziadkowie pokazują mnie wnukom: "to ten pan z telewizji". I nagle okazuje się, że oglądają go też dzieci. I tak "Teleexpress" łączy pokolenia.
Jakiej wiadomości nie chciałby Pan nigdy przekazać?
Nie chciałbym przekazywać informacji o wojnach, atakach, katastrofach, zagrożeniach dla ludzi i świata. Ani o kolejnych pandemiach czy katastrofach klimatycznych. To są rzeczy, których nikt nie chce przekazywać.
Nie przegap: Z ostatniej chwili! Totalna zmiana w "Ranczo"! Gwiazdor wszystko pokazał