Magdalena Cielecka była pewna, że ktoś podszywa się pod Wajdę. Gdy zrozumiała, z kim rozmawia, zamarła!

Magdalena Cielecka do dziś pamięta moment, gdy odebrała telefon i usłyszała w słuchawce: "Dzień dobry pani Magdo, tutaj Andrzej Wajda". Była przekonana, że to żart jednego z kolegów z planu. Dopiero po chwili zorientowała się, że naprawdę rozmawia z legendarnym reżyserem - a ta rozmowa miała zmienić bardzo wiele.

W rozmowie z TVP Magdalena Cielecka wraca wspomnieniami do współpracy z mistrzem polskiego kina, opowiada o kulisach spektaklu Teatru Telewizji "Wszystko na sprzedaż" oraz zdradza anegdotę związaną z propozycją zagrania w nominowanym do Oscara "Katyniu". Jak przyznaje, przez chwilę była pewna, że ktoś podszywa się pod Andrzeja Wajdę - i odpowiedziała mu w dość bezceremonialny sposób.

TVP: Co sprawiło, że zdecydowała się pani przyjąć propozycję zagrania w spektaklu "Wszystko na sprzedaż"?

Magdalena Cielecka: "Wszystko na sprzedaż" to jeden z moich ukochanych filmów Andrzeja Wajdy. Wiele razy go oglądałam, działa na mnie na wielu poziomach. Pomysł, by zinterpretować go na nowo i stworzyć na jego kanwie spektakl Teatru Telewizji wydał mi się, owszem, ryzykowany, ale też szalony, kuszący i inspirujący. Zaintrygował mnie również duet reżyserki – Agnieszka Jakimiak i Mateusz Atman. Nigdy wcześniej razem nie pracowaliśmy, ale z zaciekawieniem obserwowałam to, co robili w różnych teatrach. Nie mogłam sobie też odmówić tego, by w jakimś sensie wejść w buty ikony, jaką niezaprzeczalnie jest Beata Tyszkiewicz. W filmie Wajdy to ona grała rolę, do której w tym spektaklu Teatru Telewizji nawiązuje moja rola.

Zobacz także: Tak bawią się polskie gwiazdy po spektaklu. Śmiechy, drineczki i podziwianie... biustu koleżanki!

Jest coś, co szczególnie zapamiętała pani z pracy nad tą sztuką?

Potworny mróz. Choć było to też błogosławieństwo. Przygotowując się do zdjęć, nie liczyliśmy na to, że spadnie śnieg. Od kilku lat zimy w Warszawie nie były białe. A we "Wszystko na sprzedaż" udało się uchwycić krajobrazy pełne śniegu i mroźną aurę. Dostaliśmy skądś taki dar. Kto wie, może z góry, od samego Andrzeja Wajdy? Utrudniało nam to pracę, bo ze względu na ujemne temperatury charakteryzatorkom zamarzły kosmetyki, a w autobusie zepsuło się ogrzewanie, ale warto było się pomęczyć. Mimo tych trudności dopisywały nam dobre humory, bo mieliśmy poczucie, że robimy coś naprawdę wyjątkowego.

Nie przegap: Magdalena Cielecka poluje na błyskotki i ciuszki. Jej stylizacja zwala z nóg!

Spotkanie z Danielem Olbrychskim i wspólną przejażdżkę na koniach jak pani wspomina?

Będę wspominać to z niesamowitym rozczuleniem. Miałam szczęście grać już wcześniej z Danielem, ale nie widzieliśmy się ładnych parę lat. Ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że przyjął tak nieoczywistą propozycję. On jest dobrym duchem tego projektu. Łączy te dwie pozycje – film Wajdy i nasz spektakl Teatru Telewizji. Pamiętam, że pojechaliśmy na próby do stadniny, żeby porozmawiać i oswoić się z końmi. Daniel tryskał energią, jak z rękawa sypał anegdotami o współpracy z Wajdą. Wszyscy słuchaliśmy tego z wielkim zaciekawieniem, a reżyserzy zastanawiali się nad tym, co z jego opowieści można dodać do scenariusza.

W jednej ze scen ktoś mówi do pani bohaterki: "A ty co, idiotko? Nie jesteś na żadnej manifestacji?". Ona wtedy odpowiada: "Ja całe życie jestem na manifestacji". Prywatnie mogłaby się pani podpisać pod tymi słowami?

Oczywiście. Zresztą dowiedziałam się od Agnieszki Jakimiak, że są to słowa, które powiedziałam w jednym z wywiadów, opowiadając o sytuacji, w której w dość nieprzyjemny sposób zostałam zaczepiona przez jakiegoś pana. Nie pamiętałam tego, ale wierzę, że tak było. Agnieszka i Mateusz Atman w scenariuszu zawarli wiele naszych prywatnych wypowiedzi i historii. Na tym trochę ten Teatr Telewizji się osadza, podobnie jak film "Wszystko na sprzedaż".

Sporo prawdy o filmowym świecie jest w tym spektaklu?

Oj, tak. Operator grany przez Janka Sobolewskiego mówi do aktorki, że trzeba jej przypudrować zęby, bo strasznie blikują. Te słowa usłyszałam kiedyś na planie od jednego z operatorów. Takie przemocowe – z dzisiejszego punktu widzenia – sytuacje często zdarzały się na różnych planach. W tej pracy zawsze jest na wszystko za mało czasu i bywa nerwowo. Zdarza się, że kolega aktor lub ktoś z ekipy nie dociera na czas i trzeba go szukać. A każda minuta opóźnienia to pieniądze, które uciekają.

We "Wszystko na sprzedaż" na plan nie dociera reżyser, gdyż – jak się potem okazuje – zmarł. Pani pamięta ten moment, gdy dowiedziała się o śmierci Wajdy?

Doskonale pamiętam. Kilka dni wcześniej pan Andrzej był na festiwalu w Gdyni i nic nie zapowiadało tego, że może się stać coś złego. A on wrócił od Warszawy, zachorował i już się z tego nie podniósł. Wszyscy byliśmy w szoku. Pogrążyliśmy się w smutku, przygnębieniu i żałobie. Mimo że minęło już 10 lat od tego momentu, cały czas brakuje mi Andrzeja Wajdy. Zarówno w przestrzeni kinematografii, jak i tej czysto ludzkiej. Brakuje mi go jako opiniotwórczego człowieka, jako autorytetu wskazującego kierunek. On miał tę moc, ten dar wskazywania drogi i mówienia: zróbcie tak, a tak nie róbcie. Dziś, niestety, mamy deficyt autorytetów. Ciekawa jestem, co Andrzej Wajda myślałbym o współczesnych Polsce i świecie, a także – jeśli miałby szansę nakręcić jakiś film, co by to było.

To jeden z najważniejszych reżyserów, jakich spotkała pani na swojej drodze?

Spotkania z Andrzejem Wajdą były dla mnie ważne i szczególne - zarówno w Starym Teatrze, jak i na planie "Katynia". Cieszę się, że miałam to szczęście i dane mi było zagrać w jego filmie. Że, jako aktorka, mam na sobie ten Wajdowski stempel. Że zaprosił mnie do tej Wajdowskiej rodziny i wpuścił do swojego uniwersum. Poczytuję to sobie jako wielki zaszczyt i nobilitację. Dzięki Andrzejowi Wajdzie poleciałam na Oscary i wiele festiwali filmowych.

Pamięta pani, jak się poznaliście?

W 1995 r. zadebiutowałam w filmie "Pokuszenie" Barbary Sass. Za rolę w nim dostałam nagrodę na festiwalu w Gdyni. Pamiętam, że Andrzej Wajda pogratulował mi wtedy. To było nasze pierwsze spotkanie. Dwa lata późnej zaowocowało ono propozycją zagrania w "Klątwie" Wyspiańskiego w Starym Teatrze.

Zdaje się, że gdyby nie Wajda, na początku kariery wyrzucono by panią z teatru. Co to za historia?

Profesor Jarocki przygotowywał w Starym "Grzebanie" Witkacego. Skądinąd - wspaniałe. Obsadził mnie w roli Dziewczyny 5. Była to niema rola, nie miałam do powiedzenia żadnej kwestii. Pierwsza czytana próba tego spektaklu zbiegła się ze zdjęciami do Teatru Telewizji. Była to "Matka Courage" Brechta w reżyserii Laco Adamika. W tytułową postać wcielała się moja pani profesor Anna Polony, a mnie powierzono rolę jej córki – upośledzonej, niepełnosprawnej młodej dziewczyny. Poprosiłam profesora Jarockiego, by zwolnił mnie z pierwszej próby. W związku z tym, że nie miałam tam do powiedzenia ani słowa, myślę, że nawet by się nie zorientował, gdybym nie dotarła, ale wolałam go zapytać. On się nie zgodził. Dokonałam wtedy dość nieoczywistego, jak na początkującą aktorkę, wyboru i postanowiłam zagrać w Teatrze Telewizji. Wyleciałam więc z obsady "Grzebania". Ponadto Jarocki postanowił wpłynąć na dyrektorkę Starego – panią Krystynę Meissner, i zasugerował jej, że powinna mnie dyscyplinarnie zwolnić z teatru. Uważał, że młodej aktorce nie godzi się tak zachowywać. Z pomocą przyszedł mi wtedy Andrzej Wajda. Pamiętał mnie z "Pokuszenia", dostrzegł we mnie potencjał i chciał mnie obsadzić w „Klątwie”. Wziął mnie więc w obronę i doprowadził do tego, że nie tylko nie wyleciałam ze Starego, ale też – zagrałam w jego „Klątwie”.

Wiele ma pani jeszcze wspomnień z nim związanych?

Mam dość zabawną anegdotę związaną z tym, jak pan Andrzej zaprosił mnie do zagrania w "Katyniu". Któregoś dnia odebrałam telefon i usłyszałam w słuchawce: "Dzień dobry pani Magdo, tutaj Andrzej Wajda". Nie uwierzyłam w to. Byłam pewna, że któryś z kolegów robi sobie ze mnie żarty. Zwłaszcza że wielu aktorów doskonale potrafi naśladować głos Wajdy. Pracowałam wtedy z Markiem Kondratem, zaprzyjaźniliśmy się i wydawało mi się, że to on sobie ze mnie żartuje. Postanowiłam więc zagrać w tę grę. Powiedziałam: "No świetnie, Andrzej. Nareszcie doczekałam się telefonu od ciebie. Kogo mam zagrać?". Zapadła cisza, po czym Wajda zaczął mi tłumaczyć, w jakiej roli chce mnie obsadzić. "Świetnie! To kiedy się widzimy?" – zapytałam. Cały czas byłam święcie przekonana, że rozmawiam z Markiem Kondratem. Znowu zapadła cisza. W tle usłyszałam głos pani Krystyny Zachwatowicz. Wtedy struchlałam. Zrozumiałam, że to naprawdę Andrzej Wajda do mnie zadzwonił i chce, bym zagrała w "Katyniu". Pomyślałam, że właśnie cała moja kariera legła w gruzach. Natychmiast zmieniłam ton. Po latach przypomniałam mu tę sytuację, ale, na szczęście tego nie pamiętał.

Premiera spektaklu "Wszystko na sprzedaż" z Magdaleną Cielecką już 16 marca o godzinie 20:30 w TVP1.

Super Express Google News
Wieniawa i Cielecka imprezują razem na mieście. Zamówiły taksówkę, żeby przejechać 500 metrów
Sonda
Lubisz Magdalenę Cielecką?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki