Do tragedii doszło 30 lipca 2024 roku przy ul. Kąty Grodziskie. Dymytro wracał do mieszkania z zakupami, gdy z remontowanego dachu spadł ciężki element kotła. Chłopak doznał rozległych obrażeń głowy. Trafił do szpitala, gdzie tydzień później zmarł. Oskarżony Grzegorz W. odpowiada za nieumyślne spowodowanie śmierci.
Świadek tragedii na Białołęce. „Zobaczyłem chłopaka leżącego w kałuży krwi”
Na czwartkowej rozprawie sąd przesłuchał Marcela C., mieszkańca bloku, który jako pierwszy wybiegł na miejsce tragedii.
− Wykonywałem pracę zdalną w mieszkaniu. Usłyszałem hałas, jakby spadło coś ciężkiego. Wyszedłem na ogródek i zobaczyłem młodego chłopaka leżącego w kałuży krwi, a obok niego ciężki element − relacjonował świadek. Jak mówił, natychmiast wrócił po apteczkę i zaczął udzielać pomocy rannemu 18-latkowi.
Dramatyczna walka o życie Dymytra
− Sprawdziłem puls, zapytałem, czy mnie słyszy. Leżący dawał znaki życia: oddychał, mamrotał, poruszał ręką, chciał podnieść głowę. Nie było widać u niego żadnych obrażeń oprócz rany głowy. Krew wydobywała się z ucha, ust oraz tyłu głowy. Był widoczny obrzęk w przedniej części twarzy oraz w okolicy oczu i nosa − opowiadał przed sądem. Świadek zeznał również, że kilka metrów od rannego znajdował się oskarżony robotnik.
− Jestem pewny, że mężczyzna, którego zobaczyłem około 10 metrów od rannego, to był oskarżony. Krzyknąłem, żeby pobiegł po apteczkę i wezwał pomoc − mówił Marcel C.
Jak podkreślał, Grzegorz W. był w wyraźnym szoku. − Oskarżony stał nieruchomo, a potem poszedł po drugą apteczkę do sąsiadów z bloku obok. Był w szoku. Przyszedł i stanął jak wryty − zeznał świadek.
Marcel C. przez kilkanaście minut walczył o życie Dymytra razem z sąsiadami. − Zrobiłem prowizoryczny opatrunek uciskowy na głowę, okryłem rannego kocem termicznym i cały czas do niego mówiłem. Pomagały mi jeszcze dwie osoby − opowiadał dalej. Dodał też, że miejsce prowadzonych prac nie było odpowiednio zabezpieczone.
− Codziennie korzystałem z tej ścieżki. Miejsce zdarzenia nie było w żaden sposób oznaczone − powiedział przed sądem.
Wcześniejszy incydent z spadającym elementem kotła
Świadek ujawnił również, że kilka godzin przed tragedią z dachu spadł już podobny element.
− Dwie lub trzy godziny wcześniej tego samego dnia podobny element również spadł na ziemię. Wtedy hałas był inny, jakby element był lżejszy − relacjonował.
Na czwartkowej rozprawie nie stawił się kolejny świadek: policjant Mariusz R., który był na miejscu tragedii. Sąd nałożył na funkcjonariusza karę porządkową w wysokości 800 złotych, ponieważ mimo prawidłowego zawiadomienia nie pojawił się w sądzie. Zarówno prokuratura, jak i obrona wnioskują o jego przesłuchanie. Kolejną rozprawę zaplanowano na lipiec.