Spis treści
Mija 20 lat od katastrofy w hali MTK
Pod zawaloną konstrukcją dachu hali Międzynarodowych Targów Katowickich była ponad setka ludzi oczekujących na ratunek. Wśród nich Magdalena Kania. To była walka o przeżycie. Na poziomie podstawowych instynktów. "Super Expressowi" opowiedziała o godzinach pod zwałami stali i śniegu w zupełnej ciemności, wszechogarniającej rozpaczy, ale również nadziei na ocalenie i życiu po tragedii, która zawsze zostanie wewnątrz każdego, kto przeżył ten dramat.
Magdalena Kania na targach była z bliskimi, bo prowadzili wtedy wszyscy razem firmę z branży. Stoisko w dobrym, niemal centralnym miejscu hali.
- Z punktu widzenia wystawcy najlepsze miejsce - uśmiecha się pani Magda, gdy zaczynamy rozmowę po 20 latach od tragedii.
"Dwie sekundy", a potem "potworny krzyk ludzi"
Potem przyszła chwila, która przeorała wszystko.
- Dwie sekundy. Potworny huk. Spojrzenie w górę i wszystko leży na ziemi. Ja nie wiem, jakim cudem przeżyłam. Staliśmy przy ladzie - ja, mój mąż Tomek, szwagier Mirek i mój tata. Centymetry od siebie. Nie pamiętam, co zrobiłam. Wiem tylko, że jak odzyskałam świadomość, to byłam skulona w takiej pozycji, że miałam kolana przyciśnięte do klatki piersiowej. Mnie przywalił blat stoiska, wsunęłam się jakby pod ten blat. To prawdopodobnie uratowało mi życie, bo tam się zrobiła taka przestrzeń. Tata był z drugiej strony. On też miał trochę przestrzeni dzięki tym blatom. W ciągu paru minut wiedziałam, że mąż i szwagier nie żyją. Już wtedy. Tata żył. Nawzajem się nawoływaliśmy. Było słychać setki wrzasków. Krzyki. Potworny krzyk ludzi i to przerażenie. Tak jak u mnie. Też krzyczałam z przerażenia. Dosłownie po dwóch, trzech minutach powiedziałam sobie: "no dobra, co tu się kur... stało?" Leżę zaciśnięta, ręce też jakoś uwięzione, nie byłam w stanie się ruszyć. Totalna ciemność, ale bardzo szybko wiedziałam co się stało. "Runął dach, jesteśmy przywaleni". "Ja pierd... nie wyjdę z tego cało". Tak myślałam. Wiedziałam jaka to jest hala, jaka to jest powierzchnia. Jesteś w środku, wiesz jaka to hala i nagle to się wali na ciebie, to wiesz, że nie masz szans, że cie nie znajdą, nie przekopią się przez to zwałowisko... Miałam taką jakby świadomość sytuacji, że jestem w czarnej d... Nadzieja przyszła dopiero później. Za chwilę o tym powiem. Wtedy nie płakałam, nie wołałam: ratunku. Wszyscy inni tak wołali, ale co z tego? Jak ci strażacy, ci ratownicy, którzy tam chodzili, skąd mogli wiedzieć, gdzie kto woła? W tym momencie u mnie się włączyło logiczne myślenie, co ja mogę zrobić, żeby przeżyć. Wiedziałam, że muszę przetrwać, że muszę przeżyć, że na zewnątrz są moje dzieci. Włączyła mi się zadaniowość. Dobra. Ok. Ciężko mi oddychać. Muszę zrobić wszystko, by spokojnie oddychać, by uspokoić oddech. Potem analizowałam, co mnie boli, co mam złamane. "Nie czuję nóg, kurde będę sparaliżowana. Dobra, ok, przeżyję" - takie myśli były. I analiza: co ja mogę zrobić? - opowiada mieszkająca w Rybniku kobieta.
Minut ciągnęły się w nieskończoność. Ta wola przerwania wkrótce została wystawiona na próbę, która omal nie skończyła się załamaniem zasypanej rybniczanki.
- Mój tata przestał się odzywać. Bo myśmy się nawoływali non stop. On do mnie: "Magdusia, Magdusia". I nagle się przestał odzywać. I wtedy włączyła się naprawdę panika. Myślałam, że jeśli on zginął, to ja też nie mam szans - wspomina traumatyczne chwile. - Ale! Za jakiś czas tata zadzwonił do mnie, dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że mam w kieszeni na piersi komórkę, byłam w stanie ją wyciągnąć. Udało mi się z ojcem porozmawiać. Powiedział mi, że on się wyczołgał, że go wyciągnęli, a potem się rozpłakał i mówi: "nie chcą mnie tam wpuścić do ciebie". Dla mnie to był ten moment nadziei. Ja wiedziałam, że on zrobi wszystko, żeby mnie znaleźli. On wie, gdzie jestem, w którym miejscu jestem. To był taki przełomowy moment. I to mi też chyba dodało wtedy siły - tłumaczy pani Magdalena.
Czytaj też:
-
Pan Zygmunt przeżył katastrofę dzięki Małyszowi. "To było jak ucieczka z Titanica"
-
Huk, ból, płacz, śmierć. W największej katastrofie w Polsce zginęło 65 osób
-
Była najmłodsza ofiarą tragedii w Katowicach. Ostatni rysunek Darii chwyta za serce. "Wołałem ją, ale nie odpowiadała"
-
Dach runął na 700 osób, 65 z nich nigdy nie wróciło do bliskich. Bona odnalazła ostatnią ofiarę po wielu dniach
"To są emocje, których nie sposób opisać"
Tym niemniej mimo odgłosów prowadzonej akcji ratunkowej kobieta wciąż znajdowała się pod zwałami żelastwa. Nikt do niej nie dotarł. Rozpacz.
- Gdy leży się przywalonym to czuje się wszystko. To są emocje, których nie sposób opisać. Przerażenie, szok, wściekłość, raz płakałam, raz się wściekałam, raz się trzęsłam. Nie da się tego opisać. Gdy oglądam różne filmy o katastrofach i tym bohaterom przed oczami przelatuje całe życie, to myślę sobie: Serio? Serio? W takim momencie myślisz tylko jak przetrwać. Co zrobić. Jak wrócić do swych dzieci. Żadnego tam przelatywania życia przed oczami. U mnie przynajmniej tak było. - mówi Magdalena Kania.
Nie pozostało nic innego, jak czekać. I robić wszytko, by ratunek zdążył na czas.
- Musiałam odciąć ciało od głowy. Kombinować jak przeżyć. Słyszałam tych ludzi, którzy chodzili po dachu i nawoływali. Przyszła mi do głowy myśl, żeby im jakoś zasygnalizować, gdzie jestem. Uznałam, że będę wystukiwać taki rytm, jak kibice na meczu. Stwierdziłam, że będzie wiadomo, że to człowiek trzaska, że to nie są jakieś łamiące się elementy konstrukcji. W końcu strażacy mnie usłyszeli. Tata ich tam jakoś też naprowadził. Złapaliśmy kontakt głosowy. Ja widziałam ich latarki błyskające, ale oni mnie nie widzieli, nie wiedzieli, w którym dokładnie jestem miejscu. Pomiędzy mną a ratownikami była kupa gruzu, stali i ciała. W tym momencie ja im zawołałam: "chłopaki zgaście latarki, ja wam poświecę telefonem". I faktycznie wtedy mnie zobaczyli. Usłyszałam: "Dobra. Ok. Idziemy po ciebie" - opowiada Rybniczanka.
Dopiero wówczas w sercu zasypanej kobiety pojawiła się nadzieja, choć czas do jej wydobycia z rumowiska dłużył się niemiłosiernie.
- W końcu jeden ze strażaków się do mnie doczołgał. Chwycił mnie za rękę, ja go też ścisnęłam. Powiedział do mnie: "No, laska, masz "power". Słuchaj. Ja cię już nie puszczę". W tym momencie wiedziałam, że jest ok, że już nieważne, że będę sparaliżowana, czy utną mi nogi, cokolwiek będzie, on mnie nie puści, on mnie wyciągnie. Przyszło takie uczucie spokoju. Już nie musiałam myśleć, co zrobić, jak się ratować. Była ulga. Tego strażaka do dziś pamiętam. Znalazłam go kilka lat później, podziękowałam. Odnalazłam go, bo przy okazji jakiejś rocznicy pojawiły się w mediach artykuły z ratownikami, ze strażakami. Przedstawiały ich punkt widzenia, ich wspomnienia. Czytałam wywiad z jednym z nich. Czytam i myślę: "Kurcze, to jest ten. On mówi o mnie". Musiałam go odnaleźć. Spotkaliśmy się i to był dla mnie pierwszy taki moment, kiedy ktoś porozmawiał ze mną o tym, co ja tam przeżyłam przez te trzy godziny pod gruzami. Bo do dziś prawie nikt nie wie, że ja tam byłam. Ludzie wiedzą, że mój mąż tam zginął. Nie mają pojęcia o tym, co ja przeżyłam. A dla mnie to jest coś, z czym ja się musiałam zmierzyć bardziej niż z wszystkim innym - wyznaje.
Ocaloną rybniczankę ratownicy zanieśli do ambulansu.
- Przykryli kocem termicznym. A tam moje ciało odreagowało. Na tych noszach cała podskakiwałam metr w górę, tak jak jakiś się otrzepujący kot. Oni mnie w trójkę trzymali. Organizm odreagowywał to spięcie, ten stres, te emocje, to zimno, które dopiero wtedy do mnie dotarło. Jest jedna rzecz, której nie potrafię wytłumaczyć. Wiedziałam, że mój mąż i mój szwagier nie żyją, ale mimo to, gdy mnie strażacy wyciągali, to mówiłam, że oni tam są, opisywałam nawet jak wyglądali. Tak jakby moja głowa nie dopuszczała wtedy tej myśli, że ich już nie ma, tylko mówiła, że trzeba ich ratować. Szukaliśmy ich potem po szpitalach. Dopiero dobę później uznaliśmy, że już trzeba szukać w kostnicach - wspomina kobieta.
Rano przyszła policja
W szpitalu okazało się, że pani Magdalena właściwie wyszła z katastrofy bez szwanku - żadnego złamania, obrażeń wewnętrznych. Stłuczenia i zadrapania - to wszystko. Po kilku godzinach została wypisana. Trzeba było wrócić do domu w Rybniku.
- To była najgorsza noc po katastrofie. Wróciłam od domu, zgarnęłam chłopców. Pamiętam, że zrobiłam herbatę z cytryną posadziłam ich przy stoliku i powiedziałam im jak to było po kolei, co się działo, uznałam, że mają prawo wiedzieć, co się stało. Poszliśmy spać. I chyba po czwartej, piątej rano dzwonek do drzwi. Mimo że już miałam potwierdzoną informację, że Tomek nie żyje, ja wyskakuję z łóżka. Patrzę - policja przed bramą. Pierwsza myśl: "Pomylili się, Tomek żyje". Schodzę do nich. No bo z jaką inną informacją mogli przyjść o takiej porze, nie? A oni sobie tam śmieszkują, pytają czy to pani Kania. I mówią, czy jestem właścicielką samochodu, numer rejestracyjny taki, marka taka, bo jest na parkingu w Chorzowie i szukają właścicieli. Nie wiem, czy oni nie wiedzieli do kogo idą, czy ktoś im to powiedział. Byłam w takim szoku wtedy, że po prostu na nich naskoczyłam. Powiedziałam co to ma w ogóle być, ten samochód tam jest, bo mój mąż tam zginął, bo wszystkie rzeczy, również kluczyki, zostały pod zwałami zawalonej hali. Przeprosili i pojechali. To był jeden z najgorszych momentów. Masz świadomość, co się stało, ale twój mózg odczytuje taką sytuację całkiem inaczej. Znowu ma nadzieję. Koszmar - mówi pani Magdalena.
Po żałobie przyszła depresja
Teraz trzeba było się zmierzyć z potworną traumą, śmiercią najbliższych, całym życiem, które właśnie się zawaliło niczym dach feralnej hali. Po trzech latach od tragedii rybniczankę dopadła depresja. To wtedy po raz pierwszy postanowiła skorzystać z terapii. Kolejne cztery lata walczyła o siebie.
- Pierwszy rok to było życie w amoku. Święta to było jeszcze nic. Święta są takie medialne. Na święta to wszyscy płakali. No pewnie, że płakali. Jednak ta codzienność jest najgorsza. Kiedy nie ma się do kogo odezwać, kiedy przychodzi moment słabości i chce się płakać. Wtedy moi chłopcy, jakby podświadomie, automatycznie wyczuwali to i przylatywali do mnie. Potem z nimi o tym rozmawiałam. Powiedzieli mi, że ja miałam w kuchni takie ulubione miejsce, gdzie siadałam. Oni już wiedzieli, że jak ja tam siadam, to zacznę zaraz płakać, a jak zacznę płakać, to po prostu wrosnę w to miejsce. I mieli takie poczucie, że mnie trzeba trzymać przy życiu. Pilnowali mnie, żebym się nie załamała - wyznaje pani Magda. - Pierwszy rok to była tez żałoba. Wszystkie jej etapy. Codziennie rano się budziłam, i pytałam siebie, co dziś jest do zrobienia. Miałam trzy segregatory spraw do załatwiania. Byłam w amoku, w trybie ogarniania życia. Patrzyłam, jak te segregatory zaczynają chudnąć. Tak naprawdę jednak siedem lat trwało zanim zaczęłam normalnie żyć. Normalnie funkcjonować. Po siedmiu latach ruszyłam sama do Camino (chodzi o pielgrzymkę do Santiago de Compostela w Hiszpanii, zwaną drogą św. Jakuba, Camino de Santiago - przyp. red.). Stamtąd wróciłam odmieniona. To był taki moment, kiedy poukładałam w głowie wiele rzeczy. Powiedziałam - ok, mogę ruszać do przodu - dodaje nasza rozmówczyni.
Wyszło też na jaw, na kogo można liczyć, a kto tylko udaje przyjaciela.
- W tych momentach wychodziła też prawdziwa natura ludzi, kto faktycznie pomaga, a kto tylko mówi. Kto jest przy tobie, a kto chce tylko sprawiać takie wrażenie, a ma cię w nosie. To była weryfikacja. Sporo ludzi przychodziło i pomagało. I to szanuję. I w taki sposób też staram się sama teraz żyć. Po prostu pomagam. A nie przychodzę do dziewczyny młodej, która została wdową, która ma dwójkę małych dzieci, została z firmą na krawędzi załamania, bo straciliśmy tam prawie cały towar, nie wiadomo co będzie dalej. Nie wiem, jak żyć. Nie mam kasy, nie mam towaru. Nie mam nawet osoby, z którą mogę o tym pogadać. Jestem sama z tą traumą. I przychodzą ludzie i mówią:"Gdybyś czegoś potrzebowała to daj znać". To są najgorsze słowa, jakie można usłyszeć w takiej sytuacji - podsumowuje kobieta.
Pani Magdalena nie chce być tylko "wdową z katastrofy"
Życie musi toczyć się dalej. Magdalena Kania podkreśla, że nie chce być tylko wdową z katastrofy. Równocześnie jednak przyznaje, że tamtych chwil nie da się zapomnieć, skasować. Można jedynie nauczyć się z tym żyć. Umieć je podporządkować.
- Tego się nie da zamknąć. `Mój terapeuta potem uświadomił mi, że przeszłam żałobę po mężu, ale nie przeszłam żałoby po tym, co ja tam przeżyłam. I to we mnie siedzi. I to było najgorsze. 20 lat minęło i gdyby teraz cokolwiek tu drgnęło, to ja natychmiast na parę sekund byłabym zamrożona. Moje ciało pamięta. Myślę, że tego się człowiek nigdy nie pozbędzie. To zostanie z tobą na zawsze. To wraca cały czas. W różnych rozmowach, w rożnych miejscach. To moja historia, cześć mojego życia. Niestety dla wielu ludzi jestem tylko tą wdowa z katastrofy i to mi nie pasuje, bo ja się z tym nie identyfikuję, to nie jest definicja mnie. Jestem teraz zupełnie innym człowiekiem. Funkcjonuję, idę do przodu mimo tego wszystkiego, nie jestem zapłakaną wdową. Robię fajne rzeczy, uśmiecham się kiedy mogę. Nigdy też ta tragedia nie byłą dla mnie wymówką dla niepowodzeń, nie była usprawiedliwieniem. Nauczyłam się z tym żyć. Nauczyłam się to "obsługiwać" - zapewnia.
"Nigdy nie lubiłam gołębi"
Firmę z branży gołębiarskiej zdecydowała się zamknąć. Zresztą branża po katastrofie już nigdy się nie podniosła. - Zajęłam się tym, co naprawdę lubiłam. Otworzyłam szkołę językową, kolejną kupiłam. Teraz uczę języków - mówi kobieta.
- Nigdy nie lubiłam gołębi. To mój tata był hodowcą, pasjonatem i on bardzo w tym działał. A my pomagaliśmy i stworzyliśmy firmę, która się tym zajmowała. Byłam tam na miejscu dwa lata temu z synami. Dobrze, że jest ten pomnik. Szkoda, że to puste miejsce po hali wygląda jak cmentarzysko. Nie mam takich problemów, żeby tam znowu były jakieś targi. Dla mnie ważni są ludzie, ofiary, a to tylko kawałek ziemi - kończy pani Magdalena.
