To już prawie 16 lat od zaginięcia Iwony Wieczorek. Co wydarzyło się tamtej nocy?
Już za chwilę minie 16 lat odkąd Iwona Wieczorek wracała z imprezy w jednym z sopockich klubów do swojego mieszkania w Gdańsku i przepadła bez śladu. W nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku 19-latka bawiła się wraz z nieco starszym od siebie Pawłem, jego dwoma kolegami, a także koleżanką z sąsiedztwa, 17-letnią Adrią. Wieczór rozpoczął się na działce należącej do dziadków Pawła P., a później grupa przeniosła się do popularnego wówczas Dream Clubu.
Impreza zakończyła się jednak w napiętej atmosferze. Iwona wyraźnie nie miała ochoty na dalszą zabawę. W trakcie wieczoru otrzymała wiadomość SMS od koleżanki, z której wynikało, że jej były chłopak, Patryk G., z którym prawdopodobnie wciąż była emocjonalnie związana, bawi się z młodymi dziewczynami w klubie Banana Beach. Czy właśnie to wpłynęło na jej nastrój i sprawiło, że postanowiła zakończyć imprezę i wrócić do domu? Tego nie wiadomo do dziś.
Nadal nie wiadomo również, dlaczego 19-latka nie zdecydowała się wracać taksówką razem z Adrią i wybrała samotny spacer do domu. Iwona pokonała pieszo kilka kilometrów. O godzinie 4.12 kamery monitoringu zarejestrowały ją po raz ostatni tuż obok wejścia nr 63 na plażę w gdańskim Jelitkowie. Od tego momentu ślad po niej się urywa.
Co stało się na ostatnim odcinku drogi Iwony Wieczorek?
Choć działka dziadków, mieszkanie rodziców, a także samochody czy nawet piwnica Pawła P. zostały wielokrotnie przeszukane, nie natrafiono na ślad Iwony. Nie znaleziono także powiązań między 19-latką a „łowcą nastolatek” Krystkiem czy Zatoką Sztuki. Wiemy obecnie niewiele więcej niż 16 lat temu. Wiadomo, że Iwona zmierzała w stronę Parku Reagana i przepadła bez śladu.
Co się stało w Parku Reagana? Prawdopodobnie nic. Nagrania z dalszej trasy kobiety nie istnieją. Jeśli została zarejestrowana przez kamery, nagrania przepadły, gdyż śledczy nie zebrali ich na czas. Kobietę dzieliło ok. 1,5 kilometra od domu. Na tym krótkim fragmencie musiało się jej coś stać. Mogła spotkać kogoś, z kim oddaliła się w innym kierunku, np. samochodem, lub też sama udać się do mieszkania swojego oprawcy. Wątpliwe jest to, że została zaatakowana przez nieznanego sprawcę w parku, gdyż jak widzimy na nagraniu, jest już jasno, a wszędzie wokół przechodzą spacerowicze. Co więcej, w miejscu potencjalnego ataku, oprócz świadków, zostałyby także ślady, m.in. biologiczne, których nie stwierdzono. A co najważniejsze – nie ma ciała.
Przełom po niemal trzech dekadach w sprawie „niemieckiej Iwony Wieczorek”. To zaginięcie może dawać do myślenia
Siedem lat po głośnym zaginięciu Iwony Wieczorek niemieckie media obiegły informacje o przełomie w sprawie Birgit Meier, mieszkanki okolic Hamburga, niemieckim odpowiedniku naszej Iwony. Zwłoki kobiety, zaginionej w 1989 roku, odnaleziono w garażu jej znajomego, ogrodnika Kurta-Wernera Wichmanna. Ciało było zamurowane i pozostawało ukryte przez 28 lat.
Wichmann nigdy nie odpowiedział za zabójstwo Birgit Meier, ponieważ w chwili odnalezienia jej zwłok nie żył już od 20 lat. Jak się później okazało, uniknął także odpowiedzialności za zabójstwo dwóch małżeństw, których dopuścił się w lasach Gehrde. Ciała obu par odnaleziono niedługo przed zaginięciem Birgit Meier, w niewielkiej odległości od siebie.
Dlaczego Wichmann pozostawił zwłoki małżeństw na miejscu zbrodni, a ciało zaginionej kobiety starannie ukrył? Odpowiedź wydaje się prosta. Żadnego z małżeństw nie znał i był dla nich całkowicie obcą osobą. W przypadku Birgit Meier sytuacja wyglądała inaczej. Co istotne, dopiero odnalezienie jej zwłok i zabezpieczenie dowodów pozwoliło śledczym powiązać wszystkie te zbrodnie. I właśnie tutaj pojawia się bardzo ważne spostrzeżenie.
Brak ciała często nie jest przypadkiem. To ważny trop w wielu śledztwach
Spójrzmy na głośne sprawy zabójstw kobiet w Polsce i na świecie. Gdy ofiara jest przypadkowa i znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, jej ciało pozostaje na miejscu zbrodni. Po co sprawca miałby je ukrywać? Nie istnieje bowiem żadne powiązanie między nim a ofiarą. A gdy śledczy odnajdą zwłoki, nie będą mieli żadnych tropów pozwalających połączyć kobietę z mordercą, który jest dla niej całkowicie obcą osobą.
Inaczej wygląda sytuacja, gdy ofiara zna swojego oprawcę. Wówczas prowadzący śledztwo funkcjonariusze sprawdzają rodzinę, znajomych i osoby z najbliższego otoczenia zamordowanej osoby. Zabójca najpewniej zostanie także przesłuchany w charakterze świadka. To jednak może doprowadzić do ustalenia motywu, powiązania sprawcy z ofiarą i ostatecznie udowodnienia winy. W takich przypadkach ciało po prostu musi zniknąć. Nie bez powodu mówi się, że „nie ma ciała, nie ma morderstwa”. A jak wiemy, ciała Iwony do dziś nie ma.
Przypadków skazania za zabójstwo w trybie poszlakowym, bez ujawnienia ciała ofiary, jest stosunkowo niewiele. Śledczy muszą bowiem wykazać ponad wszelką wątpliwość, że dana osoba nie żyje i że padła ofiarą przestępstwa. Takie postępowania potrafią ciągnąć się latami i rzadko kiedy kończą się wyrokiem skazującym. Mimo to istnieją sprawy, w których było to możliwe. Skupmy się na jednej z nich, bo może dać nam pewną wskazówkę w sprawie zniknięcia Iwony Wieczorek.
Skazany bez odnalezienia ciała. Historia Joanny Gibner wstrząsnęła Polską
W 1996 roku zaginęła Joanna Gibner z Olsztyna. W dniu zniknięcia 23-latka była świeżo upieczoną mężatką. Z Markiem wzięła ślub po krótkiej znajomości. Ich związek od początku był burzliwy. Nawet wesele, które powinno być jednym z najszczęśliwszych dni w życiu młodej pary, było pełne kłótni i napięć, zwłaszcza gdy gościom zaszumiał w głowach alkohol.
Niedługo po ślubie Joanna odwiedziła swoją matkę, panią Danutę. Skarżyła się, że mąż próbował ją udusić. Marek W. nadużywał alkoholu, nie miał stałej pracy, był agresywny i chorobliwie zazdrosny. Zaledwie kilka tygodni po ślubie 23-latka coraz częściej wspominała o rozwodzie. Wkrótce potem zaginęła bez śladu. To właśnie jej mąż zgłosił zaginięcie na policję. Sprawiał wrażenie przejętego losem żony. Wystąpił nawet w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, apelując o jej powrót i prosząc o wszelkie informacje, które mogłyby pomóc w odnalezieniu kobiety.
Niedługo później Marek W. związał się z inną kobietą, z którą doczekał się dziecka. Pewnego razu nowa partnerka wydobyła od mężczyzny informację, co stało się z jego zaginioną żoną, gdy ten był pod wpływem bardzo dużej dawki alkoholu. Kobieta już wcześniej widziała korespondencję między Markiem a jego bratem. Wynikało z niej, że brat doskonale wiedział, co wydarzyło się z Joanną, i wykorzystywał tę wiedzę do szantażowania Marka. Partnerka nie od razu zgłosiła sprawę na policję. Zrobiła to dopiero wtedy, gdy miała dość życia z agresywnym mężczyzną i zaczęła obawiać się o własne życie.
Przez lata nie było ciała. Przełom nastąpił dopiero po zerwaniu zmowy milczenia
Jak ustalili śledczy, Marek W. udusił Joannę, gdy ta postanowiła od niego odejść. Jej ciało ukrył najpierw w poszewce na kołdrę, a następnie schował w wersalce. To jednak nie był koniec. Po kilku dniach przeniósł zwłoki do szybu znajdującego się w garażu należącym do jego rodziców. Była to jednak jedynie prowizoryczna kryjówka. Ostatecznie ciało Joanny trafiło do Jeziora Dywickiego pod Olsztynem. W ukrywaniu zwłok Markowi pomagali przyjaciel oraz jego własny brat. To właśnie brat sprawcy zorganizował ponton, którym wspólnie przetransportowali ciało na środek jeziora i zatopili je.
Prawda mogła nigdy nie wyjść na jaw. Sprawę udało się wyjaśnić dopiero wtedy, gdy za sprawą nowej partnerki Marka W. przerwana została tzw. zmowa milczenia. Mężczyzna został skazany w procesie poszlakowym, a wyrok zapadł w 2006 roku, dziesięć lat po zabójstwie Joanny. Co istotne, mężczyzna wskazał śledczym jezioro, w którym wraz z bratem ukrył zwłoki kobiety.
Choć funkcjonariusze dokładnie przeszukali wskazany akwen, nie odnaleźli ciała. Brano pod uwagę m.in. możliwość, że po tak wielu latach sprawca pomylił miejsce i zwłoki znajdują się w innym jeziorze. Dopiero po kilkunastu latach, na prośbę matki Joanny, sprawą zajęła się fundacja dziennikarza śledczego Janusza Szostaka. Kluczowe okazały się zeznania Marka W., który w chwili wznowionych przez fundację poszukiwań już nie żył. Wynikało z nich, że ciało zostało obciążone złomem i częścią samochodową. Nurek działający na zlecenie fundacji wykorzystał więc wykrywacz metali. To właśnie dzięki temu udało się odnaleźć i wyłowić z wody zwłoki Joanny. Stało się to w 2020 roku, w Dzień Matki, 24 lata od zaginięcia.
Nie był zbrodniarzem doskonałym. Przez lata chroniły go błędy śledczych i szczęśliwy zbieg okoliczności
Czy Marek W. był mordercą doskonałym? Nic bardziej mylnego. Wykazywał się wręcz dużą nieostrożnością. W ukrywanie zwłok zaangażował osoby postronne, poinformował o wszystkim członków swojej rodziny, a nawet uzyskał zgodę na ukrycie ciała żony w garażu, który do niego nie należał. Na dodatek miał „długi język” i po alkoholu przyznał się do zbrodni swojej nowej partnerce, co ostatecznie przerwało zmowę milczenia.
Mimo to przez 10 lat pozostawał nieuchwytny. Dlaczego? Ponieważ sprzyjały mu okoliczności. Policja popełniła bowiem poważne błędy na początku śledztwa. Gdyby mieszkanie Joanny zostało dokładnie sprawdzone w ciągu pierwszych dwóch dni od jej zaginięcia, śledczy odnaleźliby jej ciało ukryte w wersalce. Nawet później, po przeniesieniu zwłok, badanie mebla ujawniłoby ślady biologiczne wskazujące, że ciało było tam przechowywane.
Sprawcy pomogło również to, że Jezioro Dywickie nie należy do przejrzystych zbiorników, a zwłoki ugrzęzły w mule. Nigdy nie wypłynęły na powierzchnię, ponieważ do ich obciążenia wykorzystano złom, który nie tylko dociążył ciało, ale także sprawił, że zapadło się ono w dnie jeziora.
Czy sprawca miał pomocników? To jedna z największych zagadek w sprawie Iwony Wieczorek
Takiego szczęścia nie miał m.in. Piotr W., który po zamordowaniu swojej żony, Danuty Wielochy z Radomia, obciążył jej ciało betonem i zatopił w Pilicy. Zwłoki kobiety wypłynęły bowiem na powierzchnię wiosną następnego roku. Gdy śledczy odnaleźli ciało, zdołali powiązać zabójstwo z jego sprawcą.
Gdyby nie to, że żywioł wyrzucił zwłoki Danuty na powierzchnię, Piotr W. mógłby uniknąć odpowiedzialności. Tak jak od 16 lat sprawiedliwości unika sprawca zaginięcia Iwony Wieczorek, a prawdopodobnie także osoby, które mogły pomóc mu w ukryciu ciała. Jak wiadomo, ktoś musiał uczestniczyć w pozbyciu się zwłok 19-latki. Mowa bowiem o ich starannym ukryciu, co dla jednej osoby mogłoby być bardzo trudnym zadaniem.
Dodatkowo część potencjalnych sprawców była wówczas bardzo młoda. Jak mówił były dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji, insp. Marek Dyjasz, przez całą swoją karierę nie spotkał się ze sprawą, w której 19-latkowie potrafiliby ukryć ciało tak skutecznie, by nie zostało odnalezione przez wiele lat. Czy istnieje więc możliwość, że w ukryciu zwłok pomagał ktoś znacznie starszy? Tego nie można wykluczyć. Równie prawdopodobne jest jednak, że sprawca – jeśli rzeczywiście był nim rówieśnik Iwony, a wiele wskazuje właśnie na taki scenariusz – miał po prostu wyjątkowo dużo szczęścia, tak jak Marek W., skazany za zabójstwo Joanny Gibner.
Czy w ukryciu zwłok Iwony Wieczorek pomagała osoba dorosła?
Za hipotezą, że w zbrodni pomagała osoba dorosła, przemawia fakt, że po dziś dzień nie ujawniono ciała Iwony i do dziś nie została przerwana zmowa milczenia. Ktoś musiałby dopilnować, by tajemnica nie wyszła na jaw. Musiał także przemyśleć, gdzie ukryć zwłoki i jak je zabezpieczyć, aby nie zostały odnalezione. Nie wiadomo bowiem, czy ciało Iwony zostało ukryte bezpośrednio po tragicznym zdarzeniu. Patrząc na to, jak starannie zostało wybrane miejsce ukrycia zwłok, można postawić hipotezę, że ciało zostało przeniesione tam dopiero później.
Ukrycie zwłok wymaga planowania – od przeanalizowania i wytypowania odpowiedniego miejsca, przez zabezpieczenie ciała i zdobycie potrzebnych narzędzi, aż po jego transport. Czy da się to wszystko zrobić w ciągu zaledwie dwóch lub trzech godzin? Przypomnijmy, że o godz. 4.12 Iwona jeszcze żyła, a przed godz. 8 jej znajomi zorientowali się, że nie wróciła do domu. To bardzo krótki okres czasu. Niewykluczone więc, że w tamtym momencie ciało znajdowało się jedynie w prowizorycznej kryjówce. Co więcej, osoby, które mogły pomóc sprawcy w ukryciu zwłok, musiały być z nim bardzo silnie związane, skoro zgodziły się uczestniczyć w zacieraniu śladów zbrodni.
Dziś sprawca zaginięcia Iwony Wieczorek ma znacznie więcej do stracenia niż 16 lat temu. Wówczas dopiero wkraczał w dorosłość, dziś jest już dojrzałym człowiekiem. Być może założył rodzinę, ma dzieci i zbudował swoją karierę zawodową. Podejrzenie o popełnienie tak poważnego przestępstwa mogłoby przekreślić całe jego dotychczasowe życie. Wiele do stracenia miałyby również osoby, które pomagały w ukryciu ciała. Mogłyby odpowiedzieć za poplecznictwo lub inne przestępstwa związane z ukrywaniem śladów zbrodni.