Andrzej Bargiel szczerze o strachu i ciałach na Evereście. "Jak się boję, to wracam do domu"

Andrzej Bargiel niedawno wrócił z wyprawy na Dhaulagiri, z której musiał zrezygnować z powodu ekstremalnych warunków. W szczerej rozmowie z nami polski himalaista opowiada nie tylko o kulisach tej decyzji, ale też o cenie, jaką płaci za swoją pasję. Jak wygląda życie w strefie śmierci, co czuje, myśląc o ponad 300 ciałach na Evereście i dlaczego strach jest jego największym sprzymierzeńcem? "Te góry zawsze tam są i można do nich wrócić" – podkreśla w programie „Sportowy Flesz Przemka Ofiary”.

Andrzej Bargiel w kasku i goglach niesie narty na ramieniu na tle ośnieżonych gór. O wyprawach narciarza przeczytasz w SE.
Autor: archiwum prywatne Andrzeja Bargiela/ Archiwum prywatne
  • Andrzej Bargiel szczerze opowiada o przerwanej wyprawie na Dhaulagiri, gdzie ekstremalne warunki i lawiny zmusiły go do odwrotu.
  • Himalaista zdradza, dlaczego strach jest jego kluczowym sprzymierzeńcem w górach i jak wygląda życie w "strefie śmierci", pełnej dramatycznych scen.
  • Czy ojcostwo zmieniło jego podejście do śmiertelnie niebezpiecznej pasji? Poznaj osobiste refleksje Bargiela o ryzyku i rodzinie.

"Zbyt duże zagrożenie lawinowe". Kulisy rezygnacji z Dhaulagiri

„Super Express”: - Niedawno wróciłeś do Polski po nieudanym ataku na Dhaulagiri. W kraju mamy około 10 stopni, a ludzie narzekają na ziąb. Ty chyba jesteś zahartowany, bo tam było trochę zimniej. Co dokładnie się stało i dlaczego musiałeś zrezygnować?

Andrzej Bargiel: - Rzeczywiście, ostatnio jak patrzyłem na prognozę na szczycie Dhaulagiri, odczuwalna temperatura wynosiła minus 47 stopni. Musiałem przerwać tę próbę. Mieliśmy wyjątkowo trudny sezon, postępujące ocieplenie klimatu jest jesienią coraz bardziej odczuwalne. Zresztą dlatego celowo pojechałem w tym sezonie później, żeby oszukać przedłużający się monsun, co było częścią strategii. Niestety, już trzeciego dnia wyprawy przywitał nas cyklon.

Przeczytaj także: Polacy zbudują jacht dla Leo Messiego! Luksusowa maszyna zwala z nóg

- Czym się ten cyklon objawiał?

- W ciągu dwóch dni spadły ponad dwa metry świeżego śniegu. To spowodowało mnóstwo lawin, nie tylko śnieżnych. W niższych partiach grunt był tak przemoczony, że zaczął się osuwać. Wszystkie inne wyprawy zakończyły działalność. Mimo że udało mi się zaaklimatyzować i dojść w okolice 7 tysięcy metrów, to późniejsze opady śniegu połączone z silnym wiatrem sprawiły, że zagrożenie lawinowe stało się zbyt duże. Tak duży opad śniegu przy silnym wietrze odkłada go w bardzo zdradliwych miejscach. Wejście na taki teren grozi porwaniem przez lawinę. 

- Jak szybko podejmuje się decyzję o odwrocie i jak wygląda ewakuacja?

- Decyzję podjąłem w nocy. Przy ciągłym opadzie śniegu i braku widoczności kontynuowanie akcji było niemożliwe, zwłaszcza w terenie, którego wcześniej nie poznałem. To bardzo rozległy obszar, może nie ekstremalnie trudny technicznie, ale bardzo stromy. Gdy nic nie widać, robi się śmiertelnie niebezpiecznie. Samo wycofanie się z góry było bardzo szybkie. Czasem trzeba działać błyskawicznie. Byliśmy ostatnią wyprawą w tym rejonie. Gdy masz tak wiele obiektywnych sygnałów, że dalsze działania są zbyt ryzykowne, musisz po prostu nie bać się podejmować takich decyzji. Te góry zawsze tam są, będą i można do nich wrócić. To kluczowe, żeby mieć dystans.

"Poczucie wolności". Po co himalaista ryzykuje życie?

- Zadaję pytanie, które dla himalaistów może brzmieć śmiesznie, ale zadaje je sobie wielu ludzi: po co ci to?

- Na pewno jest to potrzeba obcowania z przygodą, z naturą. Uważam, że to ogromny przywilej, że mogę być w takich miejscach i uprawiać narciarstwo. Z perspektywy małego chłopaka to było coś niewyobrażalnego. Ja w górach po prostu odpoczywam i czuję wolność. Mimo że przerwaliśmy ostatnią próbę, to wciąż była fajna przygoda i nie mam poczucia straconego czasu. Myślę, że to jest po prostu pasja, którą trudno w pełni wytłumaczyć komuś, kto sam jej nie doświadcza. 

Zobacz też: Przemysław Saleta ujawnia prawdę o swoim zdrowiu. „Wszyscy myślą, że umieram”

- Jak to się wszystko zaczęło? Pamiętasz swoją pierwszą zdobytą górę?

- Nigdy nie traktowałem gór w kategoriach "zdobywania". Chodziło raczej o bycie w nich i aktywność. Zaczynało się na wsi, w Łętowni, między Krakowem a Zakopanem. Tam się wychowywałem i tam były moje pierwsze szczyty w Beskidzie Wyspowym. Mam dziesięcioro rodzeństwa, więc wyjście pobiegać czy na narty było moją prywatną przestrzenią. Później starszy brat, Grzegorz, który jest ratownikiem TOPR, zainspirował mnie do działalności w wysokich górach. To on startował w zawodach w skialpinizmie, a ja dzięki niemu mogłem wychowywać się w środowisku ratowników górskich i zbierać doświadczenie od najlepszych. 

- Co jest najważniejsze w życiu himalaisty? Mam wrażenie, że zdrowy rozsądek jest ważniejszy niż odwaga.

- Nigdy nie identyfikowałem się jako "himalaista", jestem bardziej narciarzem. Ale tak, najważniejsze jest to, żeby mieć dystans do tego, co się robi. Nie możemy robić tych rzeczy za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby móc to robić i cieszyć się tym. Trzeba doceniać, że tam jesteśmy, przeżywamy przygodę, nawet jeśli nie uda się zrealizować celu. Trzeba umieć się zatrzymać i nie bać się trudnych decyzji, bo ambicja bywa duża. Góry są niebezpieczne i bez pokory bardzo łatwo można zrobić sobie krzywdę.

"Zgubiłem się na Kasprowym". O najtrudniejszych momentach i lekcjach pokory

- Opowiedz o najbardziej mrożącym krew w żyłach momencie w twojej karierze.

- Najwięcej ryzykownych sytuacji zdarzało się na początku, gdy z wielu rzeczy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy. Pamiętam sytuację, gdy miałem 17 lat i zgubiłem się na Kasprowym Wierchu. Przygotowywałem się do mistrzostw świata i w ramach „obozu wysokościowego”, codziennie wieczorem wychodziłem na Kasprowy, spałem na górze, a rano trenowałem. Pewnego razu w ciągu 12 godzin spadło półtora metra śniegu. Trasa nie była przygotowana, a ja, przyzwyczajony, że wchodzę tam w 50 minut, ruszyłem. Nagle wylądowałem na Słowacji. 

- Jak to możliwe?

- Okazało się, że jeśli przejdziesz pod odpowiednim kątem przez Kocioł Goryczkowy, bez przełamania terenu lądujesz po drugiej stronie. Był wtedy piąty stopień zagrożenia lawinowego. Było zimno, a ja dzwoniłem już po pomoc do brata, który był na dyżurze w TOPR. Okazało się, że warunki były tak trudne, że mimo zebrania się 40 ratowników na centrali, nie uruchomiono akcji, bo było zbyt niebezpiecznie dla nich. To doświadczenie pokazało mi, że nawet w terenie, który znasz jak własny dom, przy specyficznych warunkach może być śmiertelnie niebezpiecznie. To była lekcja, że trzeba lepiej planować i czasem po prostu odpuszczać.

- A co się je w drodze na szczyt ośmiotysięcznika? Schabowego chyba tam nie usmażysz.

- Niestety nie (śmiech) Mój apetyt jest tam dość mały. Zabieram proste rzeczy: naleśniki, gotowane jajka, chleb. Najważniejsze jest uzyskiwanie wody ze śniegu, co jest uciążliwe, ale kluczowe. Na samo oddychanie na tej wysokości zużywasz szklankę wody na godzinę. Oczywiście mamy też żywność liofilizowaną. Po zalaniu wrzątkiem masz pełnowartościowe danie, ale nie jestem fanem. Raczej unikam przetworzonej żywności.

Strefa śmierci, ciała na Evereście i zjazd z K2. Jak wygląda to od kulis?

- Jako pierwszy człowiek w historii dokonałeś zjazdów na nartach z K2, Broad Peaku i Mount Everestu bez użycia dodatkowego tlenu z butli. Która z tych wypraw była najtrudniejsza?

- Narciarsko najtrudniejsze było zdecydowanie K2. Podczas zjazdu powstała praktycznie nowa linia, łącząca kilka dróg, z fragmentem wytyczonym przeze mnie. To działo się z dala od normalnych dróg, którymi poruszają się wspinacze. Na Mount Evereście też było mega trudno. Była jesień, nie było nikogo, leżało mnóstwo śniegu, a zagrożenie lawinowe było ogromne. Samo torowanie drogi po pas w śniegu na tej wysokości to wyzwanie. Do tego lodowiec Khumbu, którego przejechanie było super wymagające.

- Jak zachowuje się ciało w "strefie śmierci" powyżej 8000 metrów? Jak wygląda oddychanie?

- Na pewno masz mniej energii i musisz nią bardzo dobrze zarządzać. Wszystko dzieje się wolniej, nie masz tyle siły co tutaj. Zjazd z ośmiotysięcznika trwa od godziny do nawet czterech, w zależności od trudności i warunków. Czasem trzeba celowo zaplanować nocleg w trakcie zjazdu, żeby najniebezpieczniejsze odcinki pokonać wczesnym rankiem, gdy jest stabilniej. To nie jest tak, że samo bycie tam i odpoczywanie w namiocie to wielkie wyzwanie dla mnie. Trudność pojawia się przy wysiłku. 

- Przygotowując się do rozmowy, czytałem, że w strefie śmierci na Evereście znajduje się ponad 300 zamrożonych ciał. Czy widziałeś je? Jakie to robi wrażenie?

- Na szczęście nie miałem takiej sytuacji. Ja nigdy nie byłem na Evereście wiosną, w głównym sezonie. Jesienią, po monsunie, spada tam nawet dziesięć metrów śniegu i to miejsce wygląda zupełnie inaczej. Nie widać śladów działalności poprzedników, co jest wyjątkowe. Jak patrzę na zdjęcia z sezonu wiosennego, to skala tego wszystkiego wygląda przerażająco.

"Tęsknota zabiera przyjemność". O strachu, rodzinie i zarządzaniu ryzykiem

- Zapytam wprost: boisz się śmierci?

- Strach to naturalny mechanizm, który chroni nas przed robieniem szaleństw. Góry są niebezpieczne, ale to kwestia twojego podejścia, świadomości i rozsądku. U mnie to działa tak, że jak się boję, to wracam do domu. To sygnał, że jest zbyt niebezpiecznie, że nie mam kontroli nad sytuacją i że dalsze działanie może mieć drastyczne konsekwencje. Ten strach wpływa na takie decyzje, jak ta ostatnia na Dhaulagiri. Na koniec dnia to jest pasja, a w każdej pasji – czy to boks, Formuła 1, czy góry – musisz zarządzać ryzykiem.

- Masz dwójkę małych dzieci. Czy od kiedy się urodziły, czujesz, że mniej ryzykujesz?

- Myślę, że w kontekście zarządzania ryzykiem niewiele się zmieniło, bo zawsze miałem do tego rozsądne podejście. Zmieniło się co innego. Na pewno tęsknota coraz bardziej zabiera przyjemność z takiej działalności. To trudne. To już nie jest tak jak kiedyś, że wyjazd był czasem tylko dla ciebie. Teraz chcesz jak najszybciej wrócić do domu. Moje wyjazdy nie są bardzo długie, trwają około trzech tygodni, ale to poczucie, że zostawiasz rodzinę, odbiera sporo radości z tego, co robisz na miejscu.

Rozmawiał Przemysław Ofiara

QUIZ. Ta góra w Tatrach znajduje się w Polsce, czy na Słowacji? Nie dwie, a trzy możliwości!
Pytanie 1 z 12
No to zaczynamy. Rysy:

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI